„Batman Detective Comics – Syndykat ofiar” (tom 2) - recenzja gorzka, niczym przypalona batkawa

James Tynion IV, Alvaro Martinez, Eddy Barrows, Ben Oliver
„Batman Detective Comics – Syndykat ofiar”
Ocena recenzenta
3.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Zniszczyć Mrocznego Rycerza, aby ocalić Gotham! Wyrwać skrzydła Nietoperzowi, aby wyrównać rachunki! Grupa pokrzywdzonych przez działalność Batmana wkracza do akcji, jednak największą ofiarą zamiast schowanego za maską Bruce'a Wayne'a będzie czytelnik, nieświadomy jak bolesne jest kolejne zderzenie z fanaberiami „Odrodzenia”. Peleryna opada... z sił.

Marcin 'Lekt' Wiatrak


++

Gdy Barry Allen wskoczył na bieżnię, ze łzami w oczach (rozpędzonymi pewnie do prędkości światła) zapragnął przywrócić życie zamordowanej matce. Gdzieś na trakcie kontinuum czasów i przestrzeni wszystko się sypnęło. Klasyczny reboot, retcon etc. Eksperyment z N52 „zszedł” (ze sceny i padołu) podobnie jak Zed w filmie Quentin'a Tarantino pt. „Pulp Fiction”. Odrodzenie i chwała bohaterom, tylko którym...? Batman z „Syndykatu ofiar”, mimo dwóch-trzech dobrych momentów, nie potrafi się obronić.

Gdy przymkniemy oczy w części pierwszej „ujrzymy diabła”, niemrawo podskakującego w makabrycznym tańcu śmierci. Przeciwko Batmanowi ponownie stają mieszkańcy Gotham, ale i złoczyńcy (rzekome ofiary troski Gacka o sprawiedliwość i porządek). Wszystko w imię dopuszczania biernego cierpienia niewinnych przy chwytaniu i obijaniu facjat złym gościom. Dodatkowo Batrodzina cierpi po stracie Red Robina, metaludzie ze złowieszczymi mocami (przekalkowani, płytcy i mało efekciarscy), w tle atakują siedzibę Wayne Enterprise, a pomiędzy tym Luke Fox, syn genialnego Luciusa niczym Iron Man szuka poklasku w oczach Batmana, aby przystać do drużyny.

++

Na scenę w świetle krzyków i oparów przerażania wkracza (wreszcie) główny aktor spektaklu, przesiąknięty jedynie pragnieniem upadku obrońcy Gotham. Wykolejony psychicznie i fizycznie jegomość rzekł: „Nie jesteś przyzwyczajony do radzenia sobie z wrogiem, którego nie możesz dotknąć”. Rozumiem kontekst. Autorzy igrają nieco z płytką granica dobra i zła, która zmusza nas do refleksji nad postępowaniem Batmana. Jednakże abstrahując, nieco kpiąco twórcy komiksu ewidentnie nie grali w cyfrowe wcielenie od Rocksteadys Studios, wszak batlina i batpodchody zawsze w cenie. Główny zły Syndykatu zostaje nazwany Pierwszą Ofiarą. Ofiarą Zero wciąż jest tutaj my sami. Sytuację ratuje oględnie dość przyjemna wizualizacja postaci, lecz brakuje tego batfeelingu. Gacek pozornie wygląda jak na nietoperza w rajtuzach przystało (napisał Batmanofil!), lecz czegoś w nim brakuje. Ikry? Iskry błyskotliwości?

Pada żądanie, aby Bruce ściągną maskę i odwiesił pelerynę na kołek. Obsmarujcie mnie proszę guacamole i posypcie kaczym puchem, jednakże schematy harcują tutaj na całego, zaś nowe opakowanie absolutnie niczego nie zmienia. Batman miota się niczym Bane po wstrzyknięciu Venomu (kryzys wieku średniego?), pomijając śmierć Tim'a Drakea (Drake’a?) udowadnia jak żenująco słabą nakreśloną rolę przywódcy wytyczono mu tym razem. Rozłam w rodzinie pogłębiają kolejne ubytki kulejącego scenariusza i absolutnego braku pomysłu na zgrabne ujęcie odrodzonego wcielenia Redhoodowego-niby-Jokera.

++

Nie ukrywałem nigdy niechęci do N52, jednakże ścieżka po której kroczy Odrodzenie na przykładzie Batmana pióra James'a Tyniona, którego nietoperzowy dorobek prezentuje się całkiem pokaźnie, mocno zastanawia. Wręcz odpycha. Finalnie w przepychankę między Pierwszą Ofiarą oraz jego poplecznikami wkrada się bunt w batrodzinie, gdy Spoiler podejmuje nierówną walkę z Brucem. Miłym akcentem było chwilowe pojawienie się Azraela. Suplementem wieńczącym „dzieło” stanowi krótka opowieść o początkach Batwoman, dziejąca się dwa lata przed wydarzeniami Syndykatu z wtrąceniami o supersteoridzie Hugo Strange i wątkiem wymuszającym płciową poprawność polityczną. Ulubiony wątek powielany na kolejnych stronach, towarzyszący aż do osadzenia antagonisty w Azylu Arkham, recenzję nakreślają słowa, które niczym w polskim teleturnieju z lat 90. ─ rozpamiętywanie, rozczarowanie i rozlazłość. Rozpacz. Leczenie wciąż świeżych ran po stracie Robina rozumiem czysto ludzko. Zwłaszcza gdyby autorzy zdecydowali dojrzalej uformować emocje i rozterki Bruce'a. Targają nim wątpliwości, lecz zamiast filozoficznej etiudy zaserwowano nam pioseneczkę na zdartej winylowej płycie bez polotu. Batman tutaj przepadł zupełnie, jakby oddał kostium do pralni, gdzie użyto zbytniej ilości wybielacza.

Światełkiem w tunelu (acz wciąż oślepiającym wtórnością) będzie koncepcja przeciwstawienia się działalności Batmana rzeczywistych ofiar, które oddały życie albo zostały kalekami czy odniosły rany jako bierni uczestnicy trzeciego planu. Darzę ogromną sympatią Supermana oraz film „Człowiek ze Stali” i chociaż Bruce nie czyni takiej rozwałki jak Kryptonianin, pomysł na scenariusz z Syndykatem Ofiar mógłby wypalić, gdyby poważniej podejść do tematu. Nieco mniej komercyjnie lub z okruszynką finezji. Wyznawcy Srebrnej Ery wzruszą jedynie ramionami...

Tekst dedykuję Creadowi ─ mojemu przyjacielowi i miłośnikowi N52.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 25 cze 2018, 07:20 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka