Star Wars Film, komiksowe adaptacje nowych czasów - recenzja zbiorcza

Alessandro Ferrari, Kawai Creative Studio, Davide Turotti
„Star Wars Film”
Ocena recenzenta
4.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
„Star Wars Film”, czyli nowa mini seria komiksowych adaptacji wszystkich Epizodów gwiezdnej sagi. Pierwsza seria obejmuje „Mroczne Widmo”, „Nową Nadzieję” oraz „Przebudzenie Mocy”. Na wstępie należy podkreślić, iż komiks marketingowo i pokoleniowo skierowano do młodszego pokolenia. Wyraźnie czuć tutaj potrzebę poszukiwania nowej rzeszy miłośników Mocy, przyjrzyjmy się bliżej nowym Disneyowskim komiksowym eksperymentom.

W przypadku serii SW Film grupę docelową stanowić będzie czytelnik niewymagający encyklopedycznej dokładności oraz nieprzywiązujący zbyt dużej wagi do przeładowania szczegółami. Wychowankowie pierwszych sezonów „Wojen Klonów”, potrafiący już czytać (7-12 lat) sięgają po komiksy, może wreszcie wypełnić lukę. Choć bezsprzecznie Disney próbuje kolejny raz sprzedać znany kontent, a starsi fani potraktują serie jako eksperyment, albumy znajdą swoich odbiorców, przyciągając lekką formą oraz niewysoką ceną.

++

Adaptacja scenariusza Alessandro Ferrari jest zwyczajowo poprawna. Ograniczenie objętościowe albumów wymusiło liczne (bolesne) cięcia. Młodszy widz-czytelnik zapewne nie zwróci nań najmniejszej uwagi, mogąc obcować z Epizodami w formie dymków i kolorowych kadrów. Zapewne po zamknięciu serii, czyli wydaniu pozostałych Epizodów, przyjdzie sprawdzić, ile z kultowych tekstów przetrwało transformację medium.

Problem dotyczy moim zdaniem oprawy graficznej. „Musicie widzieć, że jest Wybrańcem” rzekł Mistrz Jedi Qui-Gon Jinn z pewnością nie tyczyło się, to duetu rysowników. Odpowiedzialny za postaci Igor Chimisso stanowi nie lada ciężki orzech do zgryzienia. O ile przy komiksach Piraci z Karaibów nieco mangowa kreska wygląda znośnie, tak próba dopasowania ikonicznych przedstawień bohaterów w tła ołówka Matteo Piana wypada pokracznie. Cartoon-networkowy styl „Młodych Tytanów” wymieszany z niefrasobliwą skośną twórczością Igora Chimisso, przywodzi na myśl lekką graficzną schizofrenię (decyzja Disneya o wyborze dwóch ilustratorów pozostaje dla mnie zagadką). Dosłownie jakby autorzy komunikowali się wyłącznie za pomocą kilku oględnych maili. Z brzegu: Obi-Wan przypominający Legolasa w wydaniu bruneta oraz samuraj Qiu-Gon Jinn, całkowicie zaburzają odbiór drugiego planu – bardzo przyjemnie narysowanych pojazdów wojskowych oraz budynków. W „Mrocznym Widmie” najsilniej bronią się rysunki ras obcych (nieźle wygląda Rugor Nass („szef” Gungan)) oraz Neimoidianie. Nowa Nadzieja zalicza ogólny progres, acz Księżniczce odjęto jakby z pięć lat, zaś szyja Lorda Vadera odbiera mu połowę grozy. „Przebudzenie Mocy” z wychudzonym Kylo Renem jest jeszcze bardziej karykaturalne. Chewbaccę z przyzwoitości przemilczę. R2 w dymkach posługuje się kolorowymi kropkami, zaś BB-8 kodem kreskowym. Han Solo wygląda niczym pirat z dancingu, Luke robi za chłopczycę. W dbałości o poprawność, pominięto makabryczne spalone szkielety wujostwa Larsów. Tła i pojazdy są klimatyczne i wyciągają niejako prezentowane historie. Za to zdecydowany plus.

++

Oddzielny akapit poświęćmy tłumaczeniu. Bartosz Czartoryski odpowiedzialny za przekład „Mrocznego Widma” (oraz TFA) albo powielił przeinaczenia oryginalnego, amerykańskiego wydania, albo zwyczajnie popełnił kilka komicznych błędów (oby kosmicznych lapsusów). Mianowicie w Epizodzie I z R2 zrobiono „drona”, a Jar-Jar w chatce Shmi Skywalker opowiada, iż nie mają „hajsów” na części. Epizod IV tłumaczył Maciej Drewnowski, tutaj podobnych chochlików nie dostrzegłem. Epizod VII ponownie tłumaczony przez Pana Czartoryskiego dostarcza takich kwiatów jak "działa przyosiowe", reszta zabawnych przekręceń uczcijmy milczeniem.
Uproszczeniu uległo mnóstwo kluczowych filmowych scen. Fabularnie adaptacje narzucają swoje prawa, a uproszczenia wynikają z formy, grupy docelowej oraz ilości stron. Pominięto wiele smaczków srebrnego ekranu, sporo scen skondensowano do strony-dwóch. Przykładowo ogromnie dziwi tylko dziesięciu podów podczas wyścigu Boonta Eve Classis na Tatooine, zamiast pełnej osiemnastki (wraz z Anakinem). Ot, nerdowe szczegóły.

++

Kwestie oprawy technicznej i zakupu. W rękach kilkulatka komiks nie przetrwa zbyt długo, jednakże za niezwykle giętką i błyszczącą (paluchy, paluchy...) okładką podąża przystępna cena, równoważąca mankamenty widoczne tym mocniej, im starszy jest czytelnik. Po prawdzie przyznaję rację głosom, iż cykliczne wydawanie wznowień adaptacji scenariuszy Epizodów stanowi przysłowiowy „skok na kasę”, acz nie ukrywam, iż przyzwyczajając oczy do cudacznych rysunków postaci spałaszowałem albumy pomiędzy łykiem kawy a przedświątecznym pierniczkiem. Spodziewam się, iż kolejne Epizody będą utrzymane w podobnej stylistyce, także otwarta pozostaje sprawa resekcji wątków oraz tłumaczenie. Finalnie spoglądając na wydane dotychczas komiksy „Star Wars Film” oczyma młodocianego padawana, czwórka z małym minusem będzie sprawiedliwą oceną.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.
  • Ostatnie artykuły

Copyright © 2004-2018 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 23 paź 2018, 12:42 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka