Coś się kończy, coś się zaczyna

Antologia
„Fantasy Komiks 5/2010”
Ocena recenzenta
4.0/5
Ocena użytkowników
brak (0 głosów)
Na piąty numer pisma „Fantasy Komiks” przyszło czytelnikom czekać miesiąc dłużej niż zwykle. Mimo zapewnień wydawcy, kolejny tom nie ukazał się na początku sierpnia tylko dopiero we wrześniu. Ale było na co czekać, ponieważ jedna z serii prezentowanych w tym magazynie doczekała się zakończenia.

Numer rozpoczyna pierwsza z trzech, dłuższych opowieści, czyli „Rozbitkowie z Ythaq”. Seria ta zdążyła już zyskać uznanie czytelników. Najnowsze dziecko duetu scenarzysty Arleston i rysownika Flocha nosi miano: „Cień Kengisa”. Jak sam tytuł sugeruje, opowieść staje się coraz bardziej mroczna. W poprzednich częściach trójka rozbitków z wielkiego, transgwiezdnego liniowca toczy mniej lub bardziej beztroskie przygody na planecie Ythaq, w świecie żywcem wyjętym z konwencji fantasy. Jego mieszkańcy to przedstawiciele wielu różnych ras, używają broni białej i mieszkają w przypominających średniowiecze grodach.

Pierwsze, co rzuca się w oczy, to fakt, że na arenę fabuły zostali wprowadzeni pozostali przy życiu pozostali członkowie załogi statku kosmicznego „Warkocz komety”. Oczywiście ich pojawienie się nie ujdzie uwadze lokalnej społeczności, w tym jednego z najgorszych czarnych charakterów tej historii – kupca Kenigsa. Jest on o tyle bardziej przerażający, że fizycznie przypomina wielkiego węża o czterech rękach i ostrych jak sztylety zębiskach. Zresztą to jego podobizna zdobi okładkę numeru.

Trójka bohaterów zmuszona jest do dalszej ucieczki, tak jak w poprzednich częściach. Co gorsza pojawiają się przed nimi coraz większe komplikacje na drodze do upragnionego celu. Zanim dotrą do reszty ocalałych z „Warkocza komety”, muszą uporać się z tyloma niebezpieczeństwami, że trudno jest uwierzyć w to, że im się uda. Pojawia się coraz więcej wątków i szczegółów co sprawia, że zwiększa się realizm tej historii.

Rysunki Flocha cały czas utrzymują wysoki poziom. Zarówno grafiki jak i układ kadrów są bardzo przemyślane i dobrze przemyślane. Prace utrzymane są w klasycznym, komiksowym stylu, tak charakterystyczną dla francuskiej szkoły rysowników. Kolory są żywe, a cieniowanie oszczędne i nie narzucające się podobnie jak delikatny lineart, który tylko zakreśla kontur.

Drugi prezentowany w tym numerze tytuł to nowość. Jak sama nazwa, „Zaraza”, sugeruje, krainą, w której dzieje się historia, zawładnęła tajemnicza choroba, zbierająca śmiertelne żniwo. Jak widać już po pierwszych stronach nie oszczędza ona nikogo, ani starych, ani tym bardziej dzieci. Zrozpaczeni mieszkańcy szukają więc przyczyn tajemniczego moru jak i sposobu na ratunek.

Wyróżnikiem dla scenariusza Jean–Charlesa Gaudina, który może zaklasyfikować tę pozycję do fantasy, a nie komiksu historycznego jest to, że w świecie tym żyje kilkanaście różnych odmian ludzkiej rasy. Jedna to trzymetrowi olbrzymi, inna ma specyficzne włosy i brwi, a w jeszcze innej mężczyźni to prawdziwa rzadkość. Jeżeli chodzi o sam zarys przygody to mamy tu coś zdecydowanie więcej niż sam motyw podróży. Można śmiało stwierdzić, że „Zaraza” zahacza o heroic fantasy, tylko w momencie, gdy weźmiemy pod uwagę, że chęć ratowania świata to chęć uratowania własnej wioski przed czymś bardziej złowrogim niż wszyscy władcy ciemności - przed śmiercią wywołaną przez złowrogie mikroorganizmy.

Rysunki w tym komiksie to coś, czemu warto poświęcić więcej uwagi i czasu. Już na pierwszy rzut oka wybijają się ponad te, które prezentowane są w Fantasy Komiks. I nie chodzi o to, że inne tytuły są fatalnie zilustrowane, wręcz przeciwnie. O ile inne historie mają bardzo ciekawe grafiki, to te z tego komiksu to prawdziwa gratka dla oczu. Grafiki mocno odbiegają od typowego podejścia do dziedziny, jakim są obrazkowe opowieści, przechodząc niemalże w prace malarskie. Każdy kadr dopracowany jest w najdrobniejszym nawet szczególe, nawet tła i dalsze plany. Rysownik Frederie Peynet pokazuje przez to swój wspaniały kunszt i staranną drobiazgowość. Wykreowane przez niego postacie są tak łudząco podobne do żywych ludzi, że rysunki, gdyby nie delikatnie pastelowa kolorystyka, wydawałyby się fotografiami.

Ostatnią, dłuższą historią, zamykającą ten numer, jest „Samuraj”. Na ten odcinek fani, którym się seria spodobała, musieli długo czekać. Historia trzynastego wróżbity dobiega końca. Rozwiążą się wszystkie kwestie, otwarte w poprzednich częściach. Choć... nie do końca wszystkie, ponieważ koniec opowieści nie jest jednocześnie końcem przygód dzielnego Ronina Takeo. Niemniej główne wątki fabuły dobiegną końca i doczekają się zwieńczenia w bardzo dynamicznym finale. I tu ma się pewien dziwny niedosyt, ponieważ jest on aż nadto dynamiczny. Wielowątkowa historia, rozwijana w poprzednich numerach Fantasy Komiks, dobiega końca tak gwałtownie, że finisz wydaje się podejrzanie za krótki. Oczywiście nietrudno się domyślić, która strona zwycięży, ale że finał trwa tylko kilka stronnic, to rozczarowuje. Oczywiście nie została wyjaśniona sprawa Bezimiennej Wyspy, co dobrze rokuje na dalsze zeszyty serii, ponieważ pewne niedopowiedzenie jednak pozostaje i jak ziarno może wykiełkować w coś znacznie ciekawszego niż historia o trzynastym wróżbicie.

Jeżeli odnieść komiks do „Zarazy” wydaje się on dziwnie ubogi i mocno szkicowy. Ale jeżeli podejść do nich osobno, robi on już zupełnie inne wrażenie. Trzeba zwrócić uwagę, na fakt, że drobne, delikatne pociągnięcia tuszem mają oddać specyfikację sztuki dalekiego wschodu. Oczywiście rysunki nie odchodzą za daleko od konwencji klasycznego komiksu. Kolor jest oszczędny, utrzymany w ciemnej tonacji, bardzo płynnie przechodzi w głęboki cień. Ostatnim elementem, który warto zaznaczyć jako wyróżnik tego autora to bardzo ciekawe ujęcie perspektywiczne niektórych kadrów. Punkt, z którego czytelnik obserwuje sceny zmienia się w bardzo dobrze przemyślany sposób, zmienia się tak, by podkreślić odpowiednio, albo stateczność, albo dynamikę danej sceny.

Almanach oprócz dłuższych historii zawiera jak zwykle jednostronicowe stripy. Oprócz tych dobrze znanych z poprzednich numerów, „Goblinów” i „Heroic Pizza”, w zeszycie znalazła się jedna nowość: „Babok i Blondella”.

Jak same imiona sugerują tytułowi bohaterowie to księżniczka i smok. Ten duet bardzo dobrze się uzupełnia, choć nie zawsze. Gdy dochodzi między tymi dwoma przyjaciółmi do spięć, lepiej nie być w pobliżu. I bynajmniej nie chodzi o smoczy ogień, Blondella ma w swym arsenale szereg rzeczy o wiele gorszych. Wszystkich tych oręży, którymi dysponuje każda kobieta: krzykiem, płaczem, piskiem, zrzędzeniem, mądrzeniem…i wiele, wiele, naprawdę wiele, wiele innych broni masowego rażenia.

Kreska Arizona jest typowa dla takich krótkich, humorystycznych historyjek. Rysownik wyposażył swoich bohaterów w karykaturalnie zmieniony wygląd: smok ma małe skrzydełka, na których jakimś cudem jest w stanie unieść swoje opasłe cielsko. Księżniczka, mimo że zgrabna, ma zadarty do góry nosek, co już zdradza jej kapryśny charakter.

Jak widać tom piąty tego komiksowego pisma wart jest uwagi, ze względu na przynajmniej dwie rzeczy: jedna bardzo dobra historia dobiega końca, druga równie interesująca właśnie się zaczyna. Jeżeli tylko wydawca uniknie kolejnych opóźnień przy publikacji kolejnych części magazynu to pozycja ta ma szanse stać się bardzo silną i poczytną marką na naszym rynku komiksowym.
KOMENTARZE (0) Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Zarejestruj się!
Nie ma jeszcze żadnych komentarzy.

Copyright © 2004-2017 Bestiariusz.pl. Wszelkie prawa do treści, grafiki oraz zdjęć dostępnych na stronie są zastrzeżone na rzecz Bestiariusz.pl lub odpowiednio na rzecz podmiotów, których materiały są udostępnianie na podstawie współpracy z Bestiariusz.pl.

Teraz jest 18 lis 2017, 12:46 — Strefa czasowa: UTC + 1
Engine: NERV 4.0 BETA
Warunki użytkowaniaPolityka prywatnościUsuń ciasteczka